Jan Rudziński, "6L6GC"
(http://www.astercity.net/~janekr)

Prezentowane opowiadanie ukazało się w piśmie Fenix, nr 7/8 2001.
Na naszej stronie publikujemy je za zgodą Autora.

   Pokój pogrążony był w półmroku. Ciężkie zasłony odcinały blask słońca i skutecznie tłumiły niepożądane dźwięki. Na sąsiedniej ulicy mieściła się szkoła oficerów pożarnictwa, ale nawet syreny ich wozów bojowych nie dawały się zbytnio we znaki.
   Patryk siedział w najwygodniejszym fotelu i z przymkniętymi powiekami wsłuchiwał się w nowe nagranie znakomitego koncertu Bacha na dwa klawesyny. Perfekcyjne wykonanie dające rozkosz prawdziwym melomanom. Producent nagrania, mała wytwórnia niskonakładowych płyt dla koneserów, a także jego reżyser, wykonali wręcz popisową robotę. Ostre, metaliczne brzmienie każdej struny z osobna słychać było w całej wspaniałości. Flet był fletem, cichy ale wyraźny na środku pokoju. W tle grał kontrabas, lekko cofnięty w stosunku do reszty instrumentów. Słodkie dźwięki wiolonczeli dawało się precyzyjnie usytuować przed innymi instrumentami, z lekka w lewo.

   Po bardzo męczącym dniu spędzonym w sądzie taki koncert koił duszę słuchacza. Jeszcze ten pogrzeb rano... Na szczęście dzisiaj Daniela wracała znacznie później do domu. Oczywiście nie zabraniała mężowi słuchania płyt, ale czuł się nieswojo, gdy uciekała do innego pokoju ich ogromnego mieszkania. Nieprzyjemnie mu było, że w tej akurat dziedzinie nie mają wspólnej pasji. 

   Patryk już w liceum wolał muzykę poważna od rocka, którym pasjonowali się jego koledzy. Dwóch ich było, on sam uwielbiał Mozarta, a kolega, którego dziś właśnie żegnał na wieki, mógł słuchać Vivaldiego bez końca.

- Taka głupia, bezsensowna śmierć - pomyślał - Właśnie teraz, gdy pogodził się z żoną.
Dla mężczyzny, który niedawno ukończył czterdziestkę, pogrzeb kolegi szkolnego jest zawsze smutnym przeżyciem, nawet jeżeli...

   Płyta skończyła się. Patryk ocknął się z pełnego wspomnień zamyślenia, podniósł z fotela i po miękkim wełnianym dywanie, kupionym aby poprawić akustykę pokoju, podszedł do szafki ze sprzętem. Nikt znajomy nie chciał uwierzyć, że przed zakupem przeprowadzał testy odsłuchowe różnych wykładzin, a przecież tak właśnie było!
   Nie uznawał żadnej automatyki w gramofonie, musiał więc ręką przekręcić dźwigienkę podnośnika i wyłączyć napęd talerza.
   Przy okazji spojrzał na wzmacniacz. Umieszczone na wierzchu urządzenia bez żadnych osłon cztery imponujące tetrody mocy typu 6L6GC rzucały równą czerwonawą poświatę. Ale nie! Jedna z lamp świeciła pomarańczowo, kolorem przechodzącym nawet w żółty, a przy tym wyraźnie jaśniej od pozostałych.. Czegoś takiego Patryk jeszcze nigdy nie widział, chociaż ze wzmacniaczami lampowymi - jako słuchacz - miał do czynienia od lat.

- Może się przegrzewa? - pomyślał. Postanowił sprawdzić regulacje wzmacniacza. Faktycznie, amperomierz na płycie czołowej wskazywał lekkie odchylenie parametrów od ideału.
Patryk wyjął śrubokręt z szuflady, wsunął go w otwór usytuowany w górnej części obudowy i zaczął bardzo ostrożnie kręcić trymerem regulującym punkt pracy stopni mocy. Drugą ręką poprawiał jednocześnie potencjometr na froncie urządzenia. Wskazówka przyrządu powoli zbliżała się do zera. 
   W tym momencie zadzwonił telefon. Patryk był w dość niewygodnej pozycji i wstając z klęczek przez nieuwagę oparł dłoń o rozżarzoną lampę - właśnie tę, która świeciła żółtawym blaskiem.
- Auu - syknął poparzony. 320° C musi zaboleć. Pobiegł natychmiast do łazienki nie zauważając już, że po chwili lampa zmieniła kolor na ciemnoczerwony, identyczny jak u wszystkich pozostałych.

**** 

   Pod koniec lat sześćdziesiątych rosnąca popularność półprzewodników spowodowała drastyczny spadek popytu na lampy. W ciągu następnych kilkunastu lat ta gałąź przemysłu praktycznie zanikła.
   Paradoksalnie, na krótko przed załamaniem wzrosło zapotrzebowanie na niektóre typy. Wielki koncern elektroniczny uruchomił wtedy filię w Lemon Bay. Przetrwała zaledwie kilka lat, mimo że ich wyroby, dzięki cenionemu przez znawców brzmieniu, zdobyły sobie wyśmienitą renomę.
   Spory udział w opinii tych produktów miał Jim, który pracował w filii w Lemon Bay od początku jej istnienia, a po pewnym czasie awansował na głównego kontrolera jakości. Ingerował w dwóch fazach procesu technologicznego - sprawdzał i ewentualnie poprawiał metalowe struktury przed ich zamknięciem w szklaną bańkę, a następnie mierzył parametry gotowych lamp, po ich wyjściu z pieca.
   Bardzo lubił muzykę, był też wyjątkowo staranny. Muzycy mieszkający w Lemon Bay i okolicach często kupowali lampy za jego pośrednictwem. Ulgowe ceny fabryczne, specjalnie wyselekcjonowane egzemplarze o najlepszych parametrach - warto było przyjaźnić się z Jimem.
   Chętnych było wielu, tetroda 6L6GC była w owym czasie lampą najczęściej stosowaną we wzmacniaczach gitarowych. Niektórzy twierdzą nawet, że bez tej konstrukcji nie powstałaby muzyka rockowa.

   Spora część lamp wyprodukowanych przez ostatnie pół roku istnienia filii nigdy nie trafiła do sprzedaży. Dostarczono je do odbiorcy hurtowego, który na skutek trudnych do wyjaśnienia niedopatrzeń, łańcucha bankructw i różnych matactw zdołał nie zapłacić. Kontrolerzy koncernu przez jakiś czas poszukiwali pieniędzy, towaru albo chociaż nabywcy, jednak bezskutecznie. Lampy znikły bez śladu.

**** 

   Patryk nie miał własnych dzieci, był natomiast ojcem chrzestnym swego siostrzeńca. Obecnie syn jego siostry studiował już na III roku elektroniki.

- Posłuchamy czegoś, Tomku? - zapytał - Co by tu wybrać? Klasyka nie bardzo pasuje do kolacji...

   Podeszli do regału z płytami, zajmującego całą ścianę. Oprócz tysięcy płyt i wielu książek o tematyce muzycznej stało na nim trochę ozdób, wśród nich spora figurka - grecki bożek Pan grający na fletni.

- Może jazz tradycyjny? - wyciągnął album. Po chwili dźwięki saksofonu i klarnetu wypełniły pokój.

- Wiesz co wujku, Daniela jeszcze nie wróciła, więc coś ci powiem - żona Patryka, starsza od chłopaka o zaledwie osiem lat, nie akceptowała formy ‘ciocia’ - za pieniądze, które pakujesz w ten archaiczny sprzęt, miałbyś super aparaturę, o dwie klasy lepszą. Albo tej samej klasy, ale kupiłbyś sobie kilkaset płyt więcej.
- Coś takiego! - Patryk traktował takie stwierdzenia jak typową dla młodzieży prowokację - jeszcze może mi powiesz, że lepiej słuchać kompaktów niż czarnych płyt? 
   Wygłosił to takim tonem, jakiego zapewne użył Mistrz Woland pytając „A diabła też nie ma?”. Po chwili dorzucił - A nie wiesz przypadkiem, dlaczego audiofile marzą o sprzęcie lampowym?
- Hmm... - siostrzeniec stłumił narzucająca się odpowiedź “bo głupi” i odparł - najlepsi akustycy twierdzą, że wszystkie dobrze zaprojektowane wzmacniacze, obojętne w jakiej technologii wykonane, grają równie ładnie. Wyższość lamp nad tranzystorami to przestarzała legenda.
   Poza tym - dodał ostateczny argument - lampami, które sterczą na wierzchu wzmacniacza, można się poparzyć.

- Ano można - Patryk roześmiał się i pokazał chłopakowi rękę z blizną - koszty własne. Każdy ma jakąś pasję, nie? 
- Chyba ci już zostanie na zawsze? Jak to się stało?
- Niedawno zmieniałem lampy i przy regulacji punktu pracy coś mi krzywo poszło.
- Po co zmieniałeś lampy? Masz ten wzmacniacz od dwóch miesięcy!
- Cii, tylko nie mów Danieli. Kupiłem go z tetrodami mocy firmy Swietłana. Całkiem niezłe, znacznie lepsze od chińskich, ale każdy ci powie, że najpiękniej brzmią oryginalne, nowe lampy wyprodukowane w Stanach w latach sześćdziesiątych.
- Zaraz, jakie nowe?..
- Tak się nazywają, ‘nowe ze skrzynki’. Przeleżały się w oryginalnym opakowaniu fabrycznym trzydzieści lat. “Phil’s audio tubes” sprzedaje lampy przez Internet. Wyjątkowa okazja - nawet z kosztami przesyłki są tylko pięć razy droższe od rosyjskich. Dostałem namiar od mojego kolegi - zasępił się na moment dodając w myślach “świętej pamięci”.
- Jak ci idzie na studiach? - zmienił temat.
- Jakoś leci... - westchnął siostrzeniec - Wiesz jak jest na elektronice. Same kolokwia i egzaminy. Ale jutro robię chwilę przerwy. Idę na koncert.
- To popatrz, do czego podłączają swoje gitary - zauważył złośliwie Patryk - jeśli nie do lamp, daruj sobie od razu.

- Cześć chłopaki, chyba się tak bardzo nie spóźniłam? - z przedpokoju rozległ się głos Danieli. Po chwili poprosiła męża - Chodź, zrobisz nam kawy, a ja zaraz wszystko przygotuję.

   Zajęła się przekładaniem potraw z zamrażarki do piecyka mikrofalowego. Patryk patrzył z zachwytem na jej zgrabne ruchy - po dziesięciu latach małżeństwa był w niej nadal szaleńczo zakochany.

Kiedy wstępnie uporała się z kuchnią, mówiła dalej:

- W dziale miejskim będą pisać o twoim szkolnym koledze. Wiesz już, że wykluczono zbrodnię?
- Znaczy, jednak sam wyskoczył przez okno? Na pewno? - Patryk ciągle się łudził, że jego przyjaciela ktoś zabił. Zbrodnia zdawałaby mu się mniej straszna niż samobójstwo.
- Tak. Są świadkowie, zbadano ślady. Oglądaliśmy akta - nie ma cienia wątpliwości.
- A ta jego... żona coś widziała?
- Nic zupełnie. Gotowała w kuchni przy uchylonym oknie i nagle poczuła przeciąg. Poszła sprawdzić, co się dzieje, zobaczyła otwarty balkon i pusty pokój. Kiedy podeszła bliżej do okien, już słyszała pierwsze krzyki z podwórza. Adapter wciąż grał, “Odę do radości” zdaje się. 
On po prostu w połowie płyty wstał, otworzył balkon i wyskoczył.

   „Adapter!” Patryk aż się wzdrygnął. Tyle razy tłumaczył, że tak się nie mówi! Mimo wszystko powstrzymał kolejną uwagę, zadał za to pierwsze pytanie, które mu się nasunęło:

- W jakim wykonaniu słuchał tej “Ody...”, nie wiadomo przypadkiem?

****

   Phil był melomanem amatorem, domorosłym elektronikiem i handlowcem bez cienia zamiłowania do handlu. 

   Upodobanie do muzyki odziedziczył po ojcu, gitarzyście rockowym, który 30 lat temu kupował od Jima lampy do swojego sprzętu. Po stryju odziedziczył amatorską znajomość elektroniki, a niedawno także mały sklepik ze sprzętem. Niestety nie odziedziczył po nim talentów handlowych, dlatego też pozbył się sklepu jak najszybciej.

   Jednak nie w całości. W piwnicy znalazł spore zapasy niesprzedanych lamp - rozmaitych typów i od różnych producentów. Wśród nich była i zaginiona produkcja miejscowej filii.

   Phil z pewną niechęcią uznał, że najlepszą metodą sprzedaży zapasów będzie założenie własnej firmy, handlującej głównie wysyłkowo. Co będzie, kiedy pójdą wszystkie zapasy, zobaczy się... Tak powstała „Phil’s audio tubes”, szeroko reklamowana w Internecie i całkiem nieźle prosperująca.

   Wiele godzin spędzał słuchając muzyki, a przy okazji testując rozmaite lampy i wypróbowując wzmacniacze różnej konstrukcji. Rozpoczął też żmudną pracę - mierzył parametry każdej lampy z magazynu. Miało to sens - cena pary dopasowanych do siebie lamp znacznie rośnie.

   Przekonał się, że legendy, krążące w środowisku audiofili, są częściowo prawdziwe. Rzeczywiście najlepiej brzmią lampy, wyprodukowane w Lemon Bay, a już wyjątkowo pięknie te z ostatniego dnia produkcji. Zazwyczaj do kompletu dodawał tylko jedną z nich. Nawet to radykalnie poprawiało brzmienie całości. 
   Aby ułatwić szukanie, pudełka lamp z ostatniego dnia okleił czarną taśmą.

***

   Trwała zimowa sesja egzaminacyjna i kluby studenckie powinny właściwie świecić pustkami. Powinny... Tego czwartkowego wieczoru kolejka chętnych oblegała wejście już na kilka godzin przed rozpoczęciem imprezy.

   Ostatnio wydarzyło się tu kilka nieprzyjemnych incydentów. Aby zatrzeć złe wrażenie, kierownictwo klubu postanowiło wyrobić mu opinię miejsca elitarnego. Na plakatach dumnie obwieszczono: “Strefa wolna od Disco Polo”. Bramkarze sprawdzali wszystkich wchodzących, dokładnie oglądali legitymacje studenckie, nie wpuszczali też pijanych ani tym bardziej naćpanych. Oprócz studentów na salę mogły dostać się tylko uczennice dwóch ostatnich klas licealnych. Nawet ich kolegom wstęp był wzbroniony.

   Tomek wybrał się do klubu z koleżanką z socjologii. Dziewczyna mieszkała w akademiku, jej wydział był zdominowany przez kobiety, tym chętniej więc towarzyszyła przystojnemu, świetnie znającemu miasto chłopakowi.

   Publiczność ściągała tak tłumnie, gdyż w trakcie imprezy przewidziano koncert początkującego, ale od niedawna bardzo modnego zespołu. Grali głównie stare przeboje we własnej, bardzo oryginalnej aranżacji i ku zdziwieniu fachowców budzili swoją muzyką zachwyt u młodzieży.. 
   Sprzęt na estradzie był już przygotowany do występu. Zespół zyskał na tyle dużą popularność, że zdołał zarobić na własną aparaturę. Większość urządzeń była fabrycznie nowa, ale do gitary prowadzącej podłączano archaiczny wzmacniacz, wyprodukowany jeszcze w szalonych latach sześćdziesiątych. Traktowali go jak maskotkę przynoszącą szczęście. Podobno swego czasu należał do jednego z najwybitniejszych angielskich zespołów - może “King Crimson” - chociaż pewności nikt nie miał. 
   Ostatnio został zresztą bardzo dokładnie sprawdzony i przy okazji zaopatrzony w komplet nowych lamp. Grał teraz znakomicie, z większym zapałem niż współcześnie produkowane urządzenia. Miał tylko jedną wadę - trochę się przegrzewał, więc na czas koncertu zdejmowano tylną ściankę obudowy.

   Rozpoczął się koncert. Pierwszy kawałek, drugi, trzeci... Głośne, rytmiczne przeboje. Tomek powoli tracił dech, skacząc w rytm perkusji. Na szczęście muzycy zagrali teraz powolną, melancholijną balladę. Było wprawdzie równie głośno, ale wszystko działo się wolniej.
Tomek wreszcie mógł objąć partnerkę i przytulić się.

- Fajnie grają. Znają się na rzeczy – nie tyle szepnął, co wygłosił dziewczynie do ucha. 
- Hmm... – mruknęła partnerka, która nie za bardzo znała się na muzyce, ale za to podobał jej się chłopak.

   Po balladzie znów fragment głośny i skoczny. Tomek uznał, ze przyszedł czas na chwilkę przerwy, zwłaszcza, że zapowiadana w plakatach tajemnicza rewelacja powinna być już lada moment.. Przeprosił dziewczynę i wyszedł na chwilę z sali.

   Kierownik zespołu ocenił, że publiczność jest już odpowiednio rozgrzana. Nadszedł najlepszy moment na premierę. Była to kompletnie nowa aranżacja starego przeboju, efekt wielu miesięcy pracy, nadzieja na podbicie świata.

   Zaczęli normalnie, czyli głośno i rytmicznie, lecz w pewnym momencie wszystko ucichło, jakby przecięto kable. Zapanowała też całkowita ciemność. Pogasły lasery, stroboskop przestał migać. Wokalista przetrzymał publiczność w absolutnej ciszy przez dwie sekundy, podszedł do mikrofonu - objęło go światło z nagle zapalonego reflektora - i zaczął śpiewać bez żadnego akompaniamentu:

A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy

   W tym momencie cichutko brzdęknęła gitara prowadząca. Dwa, może trzy dźwięki... Słuchaczom włosy stanęły dęba. Jeden błysk fioletki, znów chwila ciemności i ciszy.

By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy

   Przy słowie ‘jasny’ perkusista ruszył z łomotem. Zajęty grą, kątem oka zauważył, że jedna z lamp we wzmacniaczu-maskotce jarzy się mocno żółtym blaskiem. Nie znał się na tym kompletnie, więc trochę tylko zdziwiony odwrócił wzrok i skupił się na swoich bębnach.
Po kilku chwilach zabłysły lasery, ruszył strob, zagrały wszystkie instrumenty. Mimo hałasu świetnie było słychać solistę:

Spłyną przeze mnie dni na przestrzał
Zgasną podłogi i powietrza

   Razem z solistą od tła wyraźnie odcinała się gitara prowadząca. Wykonawca i wzmacniacz dali z siebie wszystko. Słuchacze twierdzili później, że tak brawurowej gry jeszcze nie słyszeli. 
I właśnie w momencie rewelacyjnego wejścia gitarzysty w wielu miejscach sali rozpoczęły się niebezpieczne incydenty. W słuchaczy jakby złe wstąpiło. Kilkadziesiąt osób rozpoczęło różnorakie rękoczyny i ekscesy, w które natychmiast włączali się wszyscy wkoło.
   Dwóch spokojnych studentów matematyki teoretycznej rzuciło się na tańczącą obok licealistkę, błyskawicznie zdarli z niej bluzkę i najwyraźniej zaczęli szykować się do zbiorowego gwałtu. W innym miejscu wielkiej sali poważny prawnik, piszący pracę magisterską o pojęciu ‘obelga’, nagle zwymyślał sąsiada, który się do niego rzekomo krzywo uśmiechnął. Obrażony zareagował natomiast, kopiąc boleśnie adwersarza w kolano. Kolega prawnika trenował judo i rzucił się na pomoc - efektem był zwichnięty bark. Kilka metrów od nich ekonomista z SGH bez żadnych wstępnych rozmów dał w zęby fizykowi teoretycznemu. Uderzony stracił na chwilę dech, ale na pomoc rzuciła się z furią jego narzeczona. Ekonomista z trudem ocalił oczy.
Dla osób patrzących z boku bójki wyglądały zresztą niezmiernie atrakcyjnie w świetle lampy stroboskopowej.
   Niektórzy słuchacze na muzykę zareagowali w inny sposób. Bardzo nieśmiała dziewczyna z prowincji, studentka Akademii Rolniczej, skorzystała z faktu, że ochroniarze walczyli z naporem tłumu, wskoczyła na podium obok orkiestry i szaleńczo tańcząc zaczęła się rozbierać. Zajęło jej to kilkanaście sekund i zakończyło pełnym sukcesem. Szkoda tylko, że stała w miejscu oświetlonym głównie przez lampę ultrafioletową, która z najpiękniejszej kobiety czyni maszkarę.
   Spora grupa naparła na barierki osłaniające scenę, najwyraźniej z zamiarem jej zdemolowania. Ochroniarzy było zbyt mało, a bramkarze jeszcze nie wiedzieli, że są potrzebni na sali. Za chwilę zaczęłyby pękać żebra i czaszki. I wtedy właśnie wrócił na salę Tomek. Szczęśliwie nie słyszał początku solówki, co pozwoliło mu zachować trzeźwość umysłu. Zanim czar muzyki zdążył nim zawładnąć, wskoczył na scenę i krzyknął do muzyków - ‘przerwijcie, do cholery, nie widzicie co się dzieje!’. Jednocześnie zaczął szarpać się z kablami, usiłując wyłączyć sprzęt.
   Po 137 sekundach najlepszej w swym życiu gry gitarzysta, wyrwany z transu, urwał w połowie dźwięku. Jednocześnie świecąca żółtym, wpadającym nawet w zielony, blaskiem tetroda mocy 6L6GC zmieniła kolor na normalny ciemnowiśniowy. Publiczność nagle się uspokoiła. Krzyki zmieniły się w jęki i zaraz ucichły. Zapadła głucha cisza, a po chwili salę wypełnił szmer wzajemnych przeprosin. Gdy wkrótce ogłoszono koniec imprezy, ochroniarze bez najmniejszego trudu nakłonili wszystkich do rozejścia się.
   Niektórzy uczestnicy zajść jeszcze długo potem mieli kaca moralnego. Studentka Akademii Rolniczej obiecała sobie, że już nigdy w życiu nie wybierze się na żaden koncert. Spokojny matematyk jakoś zdołał przeprosić dziewczynę, na którą napadł, chyba nawet był znacznie bardziej od niej zażenowany. Inne incydenty też dało się jakoś załagodzić. Z niektórych, wbrew wszystkiemu, czego należałoby oczekiwać, wynikły nowe przyjaźnie i kilka romansów.

   Tomek, jak na kulturalnego mężczyznę przystało, odprowadził swoją partnerkę pod akademik. Dziewczyna była pełna podziwu dla jego skutecznej interwencji, na pewno pozostał także wpływ niesamowitej, pchającej do szaleństw muzyki, w każdym razie zaprosiła chłopaka do siebie...
   Wracając nocnym autobusem do domu trząsł się jeszcze ze zdenerwowania. Pełen niesmaku obiecał sobie, że postara się już nigdy z nią nie spotkać. Jak ona mogła?! Zrzuciła ciuchy nieproszona, tak po prostu. Przecież w tym pokoju spały (a może udawały tylko) jeszcze dwie dziewczyny! O czymś takim do tej pory tylko czytał w reportażach, w które zresztą nie za bardzo wierzył. I żeby chociaż miała cokolwiek do pokazania!..

****

   Patryk wręczył posłańcowi drobne i zabrał się do otwierania dość dużej i ciężkiej przesyłki. Płyty winylowe są duże i kruche, wymagają starannego pakowania, audiofilom to jednak nie przeszkadza.
   Po usunięciu zewnętrznej warstwy papieru i taśmy klejącej pojawiło się duże pudło z tektury. W środku, obłożone pianką, leżały cztery zamówione płyty. Lecz co to? Patryk ze zdumieniem dojrzał na dnie pudełko z płytą kompaktową. Niczego takiego nie zamawiał, a firma chlubiła się nawet, że tych nowomodnych zabawek nie produkuje. Więc?
Na wierzchu przesyłki znajdowała się koperta, a w niej pismo na bardzo wytwornym papierze firmowym ze średniowieczną partyturą w tle. Patryk ze wzrastającym zdziwieniem czytał:

Szanowny Panie Patryku!

   Połączone wysiłki zespołu muzykologów oraz naszej wytwórni płytowej pozwoliły na odkrycie manuskryptów z kilkoma nigdy dotąd nie wykonywanymi utworami znanych kompozytorów. Jesteśmy przekonani, że zapozna się Pan chętnie z tymi dziełami o niezwykłej wartości artystycznej.
   Zanim przygotujemy album, zawierający kompletne nagrania odnalezionych utworów w najlepszych wykonaniach, upłynie trochę czasu. Dlatego też postanowiliśmy już teraz przygotować najciekawsze fragmenty tych dzieł w wykonaniu zaprzyjaźnionej z nami orkiestry. Znajdują się one na płycie CD, która stanowi prezent dla Pana.
   Mamy nadzieję, że oczekiwanie na nasz nowy album nie będzie się Panu dłużyć. Z uwagi na wieloletnią współpracę może Pan oczywiście liczyć na pierwszeństwo przy zamówieniach.

Z poważaniem

/Dyrektor ds. repertuaru /

   Oprócz listu w kopercie znajdował się formularz zamówienia. Orientacyjna cena wręcz  zamurowała Patryka, przyzwyczajonego przecież do płacenia zawrotnych sum za swoje muzyczne hobby.

****

   W ten poniedziałek Jim trząsł się ze złości. Przyszedł do pracy w wyjątkowo złym humorze. Dziewczyna wczoraj pokazała mu drzwi, a tu jeszcze coś takiego!

   Dyrektor filii osobiście obwieścił: Nie ma zbytu na lampy, zwolniły się moce produkcyjne w innych zakładach, koniec. Od jutra budynki przejmie nowy nabywca, który zatrudni kogoś albo i nie.
   Aby wywiązać się z pilnego, choć niestety ostatniego kontraktu, obiecano pracownikom, że czeka na nich dwumiesięczna odprawa - ale tylko dla tych, którzy nie uciekną zaraz po ogłoszeniu smutnej wieści.
   Pieniądze i tak w połowie pochodziły z kasy związku zawodowego, który wynegocjował nienajgorszy w sumie układ zbiorowy z koncernem.

   Utrata dziewczyny i dobrze płatnej pracy w jednym dniu. No nie...
Tłumiąc łzy Jim uparcie wykonywał swoje obowiązki. Lampy z tego fatalnego dnia były, chociaż to prawie niemożliwe, jeszcze lepsze niż zazwyczaj. Ale oprócz miłości do muzyki dziś zaszczepiał im także inną cząstkę swej duszy...

****

   Patryk jakiś czas wahał się, co zrobić z nieoczekiwanym prezentem. Cała historia wydawała się niewiarygodna. Nieznane manuskrypty Bacha, Verdiego... Niemożliwe. Prędzej jakieś współczesne pastisze. Ale wytwórnia płytowa jak dotąd dawała się poznać z najlepszej strony, coś w tym mogło być.
   Płytę należało jakoś odtworzyć. Patryk kochał dźwięk dobrze nagranego winylowego krążka, odtwarzanego przez klasyczny gramofon podłączony do wzmacniacza lampowego. Nie posiadał rzecz jasna odtwarzacza CD i na pewno nie miał zamiaru go kupować.

   Po kilku dniach namysłu pożyczył od siostrzeńca przenośny odtwarzacz. Początkowo chciał posłuchać po prostu na słuchawkach, potem jednak zmienił zdanie. Tomek dał mu kabelek, pozwalający na połączenie urządzenia ze wzmacniaczem, zrobił więc tak, po raz pierwszy przestawił gałkę selektora wejść na ‘aux’ i zaczął z uwagą słuchać.

   Pierwsza wrażenie dotyczyło wykonawców. Wprawne ucho od razu wychwyciło niedoskonałości - tu skrzypce lekko fałszują, tam fortepian spóźnia się ułamek taktu. Pod tym względem był znawcą, zdarzało mu się słuchać wielu wykonawców miernych, dobrych, a czasem wspaniałych i klasę instrumentalisty rozpoznawał bez trudu.
   Mimo wszystko tego rodzaju błędy raczej bawiły, niż martwiły słuchacza. Nie były w każdym razie przyczyną narastającego poczucia: Coś tu jest nie tak! Bardzo silnego i jeszcze bardziej drażniącego.
   Gdyby Patryk wiedział, że jego zdziwienie jest zupełnie naturalne - do nagrań cyfrowych osoba o wrażliwym uchu musi się przyzwyczaić - nie zdenerwowałby się płytą aż tak bardzo.

   Zadziałała też urażona ambicja. Wielu kompozytorów potrafi tworzyć dzieła naśladujące styl dawnych mistrzów tak dobrze, że oszukają każdego laika. Ale Patryk laikiem nie był. Do tej pory bezbłędnie odróżniał muzyczne oryginały od imitacji. 
   I właśnie teraz nie. Intuicja dawała mu sprzeczne wskazówki. Chwilami miał wrażenie, że naprawdę słucha cudem odnalezionych arcydzieł mistrzów, a chwilami był pewien, że to jednak współczesne pastisze. Jeszcze nigdy nie miał takich wątpliwości. Po każdym kolejnym utworze rosło rozdrażnienie - on, taki znawca, i nie daje sobie rady?

   W połowie ostatniego utworu Daniela wróciła z redakcji. Patryk wzdrygnął się, słysząc odgłos otwieranych drzwi. Nie wiadomo dlaczego, cały niesmak i rozdrażnienie, które wzbudziła w nim płyta-niespodzianka, przelał na żonę. Kiedy weszła do pokoju, zamiast jak zwykle uśmiechnąć się do niej, syknął przez zaciśnięte zęby ‘cicho bądź!’.
   Daniela oniemiała. Jeszcze nigdy w życiu nie była w ten sposób ofuknięta. Zazwyczaj, kiedy Patryk słuchał muzyki, wychodziła spokojnie do innego pokoju, dziś jednak była bardzo zmęczona i trochę zdenerwowana problemami w pracy. Powiedziała więc zgryźliwie:

- To jest aż tak ważne? Chyba możesz posłuchać później? - Po paru chwilach dodała - A już na pewno nie musisz na mnie krzyczeć!
- Wcale na ciebie nie krzyczałem - wrzasnął Patryk.
- Nie krzyczałeś? Czyżby!? A co teraz robisz?

   W tym momencie Patryk, tak zawsze czuły dla żony i pełen spokoju podbiegł do niej i uderzył w twarz. Gdy po chwili zrozumiał, co uczynił, zbladł. Daniela też zbladła - z wściekłości. Złapała stojący obok masywny posążek Pana i wyrżnęła nim Patryka. Ten zachwiał się i osunął pod ścianę. Spojrzał przy tym na ciągle grający wzmacniacz - lampa, która go niedawno oparzyła, znów świeciła nietypowo. Świeciła - mało powiedziane - mrugała nerwowo, kolor trzepotał przechodząc między seledynem a ciemną zielenią. Pojedyncze prążki rozbłyskiwały turkusowo.

- Jego też drażni muzyka z kompaktu - pomyślał nieskładnie. W uszach słyszał huk, czuł mdłości i tępy ból z tyłu czaszki.

   Zaraz też dostrzegł przelatującą mimo głowy butelkę koniaku. Danieli nie wystarczyło jedno uderzenie, chwyciła pierwszy przedmiot, który wpadł jej w rękę i cisnęła nim z całej siły. Chybiła. Butelka rozbiła się o róg transformatora głośnikowego, płyn chlusnął na rozżarzone lampy. Chwilę później buchnął prawdziwy płomień. Jedna z lamp pękła, strzeliły bezpieczniki i zapanowała ciemność, rozjaśniona tylko blaskiem płonących mebli. 
   Patryk ocknął się z pierwszego oszołomienia. Daniela ciągle stała w rogu pokoju, nieruchoma i w szoku. Podbiegł, złapał ją i prawie siłą wywlókł z pożaru. Wypchnął na klatkę schodową, krzyknął “dzwoń od sąsiadów po pomoc” i wrócił do mieszkania.
   Było niestety za późno. Elementy wyciszające na ścianach, grube zasłony, podłoga z woskowanych klepek dębowych, wełniany dywan.... Pokój łatwopalny jak rzadko. Rzucił się w strumień dymu z zamiarem przedarcia do kuchni, zrobił to nawet, zaczął napełniać wodą ogromny garnek, ale zanim skończył, nie było już żadnych szans na zduszenie pożaru. Oblał się zawartością garnka i najkrótszą drogą uciekł. Zemdlał dopiero na klatce schodowej, skąd wyciągnęli go strażacy.

   Dom ocalał, ale mieszkanie spłonęło doszczętnie. Dzięki ubezpieczeniu zdołali je wyremontować. Przedtem jednak musieli zaliczyć pobyt w szpitalu - Daniela psychoterapię, a Patryk trochę dłuższą kurację. Leczył wstrząs mózgu, skutki poparzeń i zatrucie dymem.
Gorzej było z remontem uczuć. Oboje długo walczyli z nieufnością, która się między nich wkradła. Po paru latach sporo osiągnęli, ale już nic nigdy nie było takie jak dawniej.
   Nie odkupili sprzętu Hi-Fi. Daniela sądziła, że to dla niej Patryk zrezygnował ze swojej pasji. Robiła nawet aluzje, że w zasadzie nie miałaby nic przeciwko wydaniu pieniędzy na ten cel.
   Wbrew pozorom Patryk wcale się nie poświęcał. Na skutek uderzenia i komplikacji związanych z pożarem utracił słuch w 30 procentach, do czego nigdy się żonie nie przyznał. W dodatku szok sprawił, że muzyka przestała mu sprawiać przyjemność. Dobrze wiedział - pasja audiofilska jest zamkniętym rozdziałem w jego życiu. A że żona przypisała to szlachetności? Tym lepiej, tym gorzej...

****

Typ lampy:

6L6GC

Rodzaj: 

NOS

Sztuk:

8

Zamawiający:

Mad Strawberries Band

Państwo: 

Holandia

Miasto: 

Amsterdam

Adres:

.......

Forma Płatności:

.......

Numer Karty:

.......

Sposób Dostawy:

Poczta lotnicza

Uwagi:

Bardzo pilne. Proszę dostarczyć najszybszym możliwym dostawcą

     Phil wydrukował to zamówienie. Połączył się z bankiem i sprawdził, że pieniądze już dotarły. Przejrzał bazę danych magazynu. Po ostatnich, niezmiernie udanych aukcjach zapasy tetrod mocy nieźle stopniały - tu jeszcze trzy sztuki, tam pięć... W końcu zauważył, że w ostatnim “czarnym” pudełku została mu równa ósemka.

   Lubił muzykę rockową, chętnie słuchał holenderskich kapel, pomyślał więc: 

- Nie będę chłopakom żałować, dostaną to, co mam najlepszego. Przynajmniej skończę z tym pudełkiem.

   Zapakował porządnie wszystkie lampy do pojemnika, dołożył kopię faktury. Z drugiej drukarki wyjął samoprzylepną kartkę z adresem, nalepił uważnie na tekturę opakowania i odłożył na półkę. Ponieważ odbiorca nalegał na pośpiech, zadzwonił do firmy transportowej. Tak, ekspres mogą odebrać jeszcze dziś i zaraz wyekspediują za ocean.
   Najdalej za dwa dni Holendrzy będą rozkoszować się naprawdę pięknym brzmieniem swoich gitar.

© 2000-2002 FonAr Sp. z o.o. e-mail: waw@fonar.com.pl